Jest tani bilet na Dominikanę – powiedziała Koala.
Pierwsza dłuższa podróż Pandy miała być do Azji.. No dobra, jak tani? Bierzemy!
10 minut później – co my zrobiliśmy? 10 godzin lotu? 4-5 już przetestowane, ale 10? A to będzie ciekawie!

Pakujemy, Panda mieści się do walizki.
Wypakowujemy Pandę, pakujemy pampersy, lekarstwa, jedzonka i fotelik samochodowy.
Ubrania też udało się zmieścić.

Lecimy.
Lecimy i lecimy..
Wciąż lecimy.

W połowie drogi żałujemy..żałujemy że nie zrobiliśmy tego z Pandą wcześniej.
Panda zarówno na krótkim jak długim dystansie, okazuje się kolejny raz niezawodnym towarzyszem podróży.
Przesypiając większość część lotu.

Przylatujemy.
Lotnisko Punta Cana wita nas w stylu Aloha.
Zaczyna się dobrze.

Szukamy dojazdu z lotniska.
Kierowca taxi nie wie gdzie znajduje się nasz hotel.
Gdy docieramy na miejsce okazuje się że jest overbooking.

Jest wieczór.
Nie ma noclegu.
Różnica czasu zaczyna dawać się Pandzie we znaki.

Wstajemy rano.
Panda wyspana.
Śpiący w nogach w prowizorycznym noclegu Miś Polarny już mniej.

Szukamy bankomatu – nie działa.
Szukamy śniadania – ale tu drogo.
Plaża. czas na odpoczynek – ale tylko hotelowa?

Dzięki instrukcjom znajomej, znajdujemy wejście na plaże Los Corales.
Mimowolne porównanie do Gili czy El Nido.
Raju tu nie widzimy – ale jutro ruszamy w drogę na wyspę, może będzie lepiej.

Wreszcie poza częścią resortową (80% nie wyjeżdża z poza Punta?).
Mijane bankomaty nadal nie działają.
Zapasy gotówki szybko się kończą.

Na drodze zatrzymuje nas kontrola policyjna.
Auto wątpliwej jakości – prędkość czy stan techniczny?
Money, we hungry – uf to tylko prośba o łapówkę

Udajemy, że nie rozumiemy.
Od nieplanowanego postoju z płaczem budzi się Panda.
Dzięki temu puszczają nas.

Przyjeżdżamy do Las Terrenas.
Po trudach podróży mamy zarezerwowany całkiem niezły hotel.
W końcu misie mają rocznice.

Przyjeżdżamy wieczór do hotelu.
..i nie mają naszej rezerwacji.
Wolnych miejsc również.

Udaje się znaleźć pokój na jedną noc.
Czas coś zjeść – i świętować.
Zapasy gotówki szybko zbliżają się do zera.

Wstajemy z Pandą na wschód słońca.
Jest raj!
Jest też działający bankomat – uratowani.

Wciąż nie mamy noclegu.
Zbliża się sylwester. Ceny za nocleg last minute – kosmos.
Szybka decyzja – przenosimy się do również polecanego Las Galeras.

Cisza spokój.
Większość osób, które już opuściły Punta Canę przebywa w Las Terrenas.
Jednak plaża trochę bardziej zachwyca w Las..

Północ, w oddali słyszymy świętujących nowy rok ludzi.
Do plaży, gdzie wszyscy się zgromadzili mamy tylko parę minut na nogach.
Jet lag zwala nas z nóg, na następny dzień dowiadujemy się, że przegapiliśmy całkiem dobrą imprezę.

Kolejne dni poświęcamy na odkrywanie półwyspu Samana.
Playa: Bonita, Coson, Rincon, Punta Popy…
Samana plażami stoi – (prawie) każda zapiera dech.

Z trudem żegnamy się z plażami.
Czas odkryć co więcej ta wyspa ma do zaoferowania.
Ruszamy na stolicę – Santo Domingo.

Korki, w stolicy witają nas korki.
Oficjalnie 3 pasy, w praktyce 6 rzędów samochodów – lusterko w lusterko.
Ponad godzina stania. Panda dzielnie znosi drogę.

Zwiedzamy stolice.
Policja turystyczna chce nas zawrócić po wyjściu z turystycznej dzielnicy.
Nie zgadzamy się, więc towarzyszą nam na każdym kroku i po zakończeniu zwiedzania odprowadzają pod mury starego miasta.

Ruszamy dalej.
Nawigacja każe jechać pod prąd na autostradzie.
Wszyscy tak jadą.

Dojeżdżamy do Altos de Chavon.
Zaraz, zaraz. To chyba nie tutaj?
Nawigacja zaprowadziła nas do innej miejscowości o tej samej nazwie.

Tutaj chyba nigdy nie dotarł turysta.
Odczuwamy prawdziwą lokalność.
Ceny -60% w stosunku do najniższych jakie znaleźliśmy wcześniej – jednak potrafi tu być tanio.

Rezygnujemy z „prawdziwego” Altos.
Chcemy zdążyć jeszcze na rybę i punkt widokowy do Bayahibe,
oraz targ z mięsem swobodnie wiszącym przy +30 stopniach i katedrę w Higuey.

Na miejscu dowiadujemy się, że targ o tej godzinie jest już zamknięty.
Za to zjedzona wcześniej ryba i działający w mieście bankomat wynagradzają wszystko.
Ruszamy w drogę powrotną na Punta Canę.

Zostało jeszcze kilka dni do powrotu, dlatego nie zamierzamy ich zmarnować w Punta.
Ruszamy na Cap Cana – Playa Juanillo.
W tej części wyspy (vs Punta) faktycznie ładna – chociaż piach twardy i resortowo, po Samanie jest po prostu ok.

W kolejnym dniu ruszamy z znajomymi na Montana Redonda.
Wg informatorów na punkt widokowy można wyjechać samodzielnie mając napęd 4×4.
Na miejscu okazuje się, że nie ma takiej opcji, za to punkt widokowy jest jak najbardziej ok.

Koniec dnia zwieńczamy plażą Macao.
Wspólne spotkanie na końcu świata, wymaga dobrej oprawy.
Zamawiamy wspólnie rybę na plaży.

Można wracać do domu.

Pełny album zdjęciowy Dominikana okiem Pandy, dostępny, tutaj (klik)