Koniec maratonu czerwcowego zakończony sukcesem (jak widać z wpisem w sierpniu). Tak się złożyło, że był również nasz trzeci Pandzi wyjazd w Bieszczady.
W skrócie:
3 wyjazdy w 3 tygodnie i trzeci raz w Bieszczadach – słowem 333 ^^ I cały aktywny kolejny miesiąc z brakiem czasu na wpis. Przypadek? Na pewno nie – to lato!
Rzadko zdarza nam się wracać w to samo miejsce, jednak w przypadku Bieszczad zdecydowanie można powiedzieć, że ten projekt nie został zakończony. Jest to tak rozległy i rozmaity teren, iż będąc w okolicy trzeci raz, tylko czasami przecinaliśmy wcześniej znane nam już ścieżki i z pewnością wrócimy tam jeszcze nie raz.
Co tym razem udało się zobaczyć?
I gdzie tym razem się rozbiliśmy?
Może od początku.
Niemal zgodnie z obecnymi trendami jakie teraz panują, postawiliśmy na niezależny domek.
Patrząc po dostępności noclegów na popularnych portalach, widać że oblężenie na samodzielne domki w stosunku do pokoi jest ogromne – te pierwsze, ledwo już dostępne na miesiąc przed wyjazdem, te drugie jeszcze bez problemu do znalezienia.
Finalnie zatem, zanim wszystkie noclegi się rozeszły, wylądowaliśmy w miejscowości Górzanka, w domku Gumisiówka (aktualnie 8,8/10) ok. 10 min drogi samochodem od Polańczyka.
Nie inaczej, niż zgodnie z obecnymi trendami pojawiły się w nim też Covidowe akcesoria.
Miała być cisza i spokój, a wyszło jak zwykle?
Mając w pełni polską duszę, zanim będą ohy i ahy trzeba trochę ponarzekać – taki mamy już klimat.Dlaczego?
Domek nowy, czysty, dobrze wyposażony, jednak wyjechaliśmy z niego z drobnym niedosytem…
Według wszystkich zdjęć i opisów, byliśmy bowiem przekonani, że czeka nas kilka dni w domku na skraju lasu na co bardzo liczyliśmy. Piesze wycieczki w nieznane, natura itd.
Rzeczywistość zweryfikowała założenia, gdy okazało się, że domek jest położony praktycznie w środku wsi i z każdej strony otoczony jest innymi zabudowaniami.
Za marketing i zdjęcia sugerujące że jest inaczej dla właściciela 5+ 🙂 . Pomijając jednak ten szkopuł, faktycznie nie mamy się do czego przyczepić (tryb narzekania wyłączony)
– no chyba, że do tego że przed naszym przyjazdem padał przez 2 dni deszcz i całe podwórko zamieniło się w jedno wielkie jezioro z wodą powyżej podeszwy…
…ale na to nikt ma wpływu (a i Panda jak widać miała dobrą zabawę).
Ogólnie – domek (o ile nie pada 🙂 – polecamy (no chyba, że szukamy czegoś w lesie).
W całej tej pogodzie musimy jednak przyznać, że mieliśmy ogromne szczęście. Podczas gdy internet i telewizja trąbiły o ogromnych ulewach na Podkarpaciu, deszcz trzymał się od nas z daleka – no prawie… ale nie wyprzedzajmy faktów.
Patrząc z góry wokoło Świat wydaje się lepszy
Czas wyruszyć na szlak.
Prognozy mówią, że od 14:00 może padać deszcz, więc warto w pełni wykorzystać czas który jest. Udajemy się na parking przy Przełęczy Wyżniańskiej – swoją drogą, ceny jak za prezydenta – auto 18 zł, wejście na szlak 8 zł /osoba – auto sprawdzane, wejście na szlak już nie. W godzinach popołudniowych parking darmowy – chociaż ciężko powiedzieć jak jest w wysokim sezonie.
Ruszamy na Małą Rawkę.
Z zegarkiem w ręku 14:03, rozlega się pierwszy grzmot
– a my w lesie.
Od 20 minut jesteśmy 20 minut od szczytu.
Co więcej, od kilku godzin na szlaku, który miał zająć 1,5 godziny. – No ale przecież, tu kamyczek, tam kamyczek, a w oddali błoto i rzeka. Jak iść tylko do przodu, kiedy w około tyle atrakcji?
Obok mijają nas inne Pandy – zapakowane w plecaki turystyczne i nosidła, mkną do góry niczym z procy. Ale nasza Panda idzie dzielnie sama – dwa kroki do przodu, trzy w lewo, pięć w prawo, 3/4 szlaku za nami.
Już odliczamy kolejne z rzędu 20 minut, które zostało nam do szczytu. Już czekamy na jego zdobycie, a tu burza w oddali.
Nad nami czyste niebo, w oddali coraz bardziej charakterystyczne dudnienie, a pogoda w telefonie nieubłaganie mówi, że czeka nas burza. Iść, nie iść o to jest pytanie?
Po krótkiej chwili dyskusji z Pandą, postanawiamy wracać. To znaczy my postanawiamy iść w dół, a Panda wtedy nagle ze zdwojoną mocą postanawia zdobyć szczyt. Następnym razem Pando. Następnym. Już drugi raz deszcz przegonił nas znad Małej Rawki, zatem do 3 razy sztuka… kiedyś tu wrócimy.
Schodzimy pod schronisko i nadal śladu deszczu.
Droga w dół o dziwo przebiega znacznie szybciej niż ta w górę – Panda, galopując sama w dół, wyprzeda inne, „idące” w plecakach Pandy, co jakiś czas skręcając tylko z głównej ścieżki, żeby pooglądać coś ciekawego przy drodze.
W oddali wciąż co jakiś czas słychać i widać oznaki zbliżającej się burzy, jednak nad nami nadal ani śladu chmury, a do auta jeszcze 30 minut.
Korzystając z okazji, postanawiamy rozłożyć się z szybkim obiadem.
Kuchenka polowa, chili con carne w plecaku i raz dwa, obiad gotowy. Swoją drogą, polecamy taką opcję z kuchenką turystyczną, która jest naszym nowym wyjazdowym odkryciem. Niby wymaga trochę akcesoriów jak chociażby garnka i samej kuchenki – ale wynagradza możliwością rozbicia się z ciepłym jedzeniem niemal w każdym momencie (tak wiemy, też o istnieniu termosów 🙂 ale to klimat jak z grillem albo ogniskiem – no i żaden termos nie utrzyma ciepła np. 2 dni).
Dopiero później dowiadujemy się, że w mijanym schronisku można było dostać polecane w okolicy naleśniki, które warto byłoby spróbować. Cóż – następnym razem, w końcu Mała Rawka nadal pozostaje do zdobycia..
Docieramy do auta i ..w tej chwili zaczynamy czuć delikatny deszcz. Uf, to się nazywa wyczucie czasu. Deszcz jednak nie pada mocniej i po chwili ustaje. Dzień jeszcze młody, ale na szlak nie ma co już wracać, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby odwiedzić pokazową zagrodę Żubrów w Muczne .
Żubry.
Ciężko powiedzieć co było największą atrakcją zagrody.
czy też traktor i koparka stojące wzdłuż pieszej alejki.
Niemniej jednak, niezależnie od tego co dla kogo było największą atrakcją, żubry warto było odwiedzić.
Przechodzące się majestatycznie przez wybieg i przebiegającą przez niego rzekę. Podczas naszej wizyty udało nam się ich zobaczyć aż 5, co wcale nie jest takie oczywiste przy kilku hektarowym wybiegu.
Po dłuższej chwili spędzonej na konplentacji, wracamy do auta.
I znowu, na wyjściu wygania nas deszcz, niemal jakby czekający na to, aż skończymy zwiedzanie.
Lutowiska
Po drodze jeszcze czas na wizytę w Lutowiskach, które odwiedziliśmy już wcześniej zimą i szybki stop na naleśniki, które nas wtedy urzekły w Gospodzie pod Żubrem – i to do tego stopnia, że wybieramy dłuższą o 10 minut drogę powrotną żeby tylko na nie wstąpić – cóż, co prawda w stosunku do zimy smak się pogorszył, ale wciąż są do polecenia.
Korzystając z pogody i późnego popołudnia, postanowiliśmy wybrać się jeszcze na okoliczny punkt widokowy
Cmentarz warty wizyty, jednak niestety strasznie zaniedbany, z poprzewracanymi nagrobkami i błotnisty (chociaż to ostatnie zależy już tylko od pogody)
Na punkcie widokowym, z racji otwartej przestrzeni i późnej pory robi się już dość chłodno i wieje niemiłosiernie, także postanawiamy wracać.
Ale, ale.. Panda wypatrzyła w oddali jeszcze zwierzęta na łące – zobaczyć – przed powrotem idziemy zatem jeszcze je zobaczyć. *(w tle można nawet zauważyć paczkę z słynnymi naleśnikami).
i w dobrych humorach (Panda aż podśpiewuje), wracamy do auta.
Docierając do domku późnym wieczorem postanawiamy jeszcze odpalić grilla – pomysł okazał się przedni. Z skromnego i szybkiego posiłku, wyszło nam przyjęcie na ponad 100… komarów, zwabionych ciepłem przygotowywanej kiełbasy (tak, wciąż jesteśmy przecież na podmokłym terenie).
Nowy dzień, nowe plany
W kolejnym dniu miało być prościej. Prognoza pogody zapowiadała się idealnie i miał być to jeden jedyny dzień całkowicie pozbawiony deszczu – jednak jak to zwykle bywa z prognozami – dopiero co ruszyliśmy się z domku, a deszcz zaczął padać. Jak już ruszyliśmy to nie ma odwrotu, może zanim dotrzemy na miejsce to przestanie padać?
Szczęście nie opuściło nas i tym razem i tak, dojeżdżając na miejsce już bez deszczu, kolejny raz dotarliśmy na znany nam już z poprzedniego dnia parking – tym razem jednak zamiast na Małą Rawkę , kierujemy się na Połoninę Caryńską .
Połonina Caryńska
Miało być krótko, łatwo i przyjemnie, a wyszło jak zwykle. Tak w skrócie można-by podsumować blisko 2 godzinną wycieczkę w górę, która miała wg. map trwać godzinę.
Droga zaskoczyła chyba nie tylko nas, gdyż po drodze mijaliśmy inne osoby, które zastanawiały się nad tym jak jeszcze jest daleko do celu, bo przecież miało to trwać tylko godzinę.
Nie samo wejście na szczyt jest jednak jedynym celem. Już sama w sobie droga dostarcza bardzo dobrych wrażeń.
Ławki widokowe – czyli otwarta polanka w około 2/3 drogi, z której mamy bardzo dobry widok na okoliczne góry już sama w sobie zachęca do krótkiej przerwy i podziwiania okolicy – jest to też dobre miejsce do krótkiego przystanku z innego względu – zaraz za „ławkami” rozpoczyna się najcięższe 10 minutowe podejście przez las.
Najpierw dość dobrze utrzymane ze ścieżką, z wygodnymi schodami i barierkami, później jednak miejscami schody się kończą, odsłaniając dość wysokie i nieregularne naturalne podejścia – oczywiście do zrobienia z Pandą, ale wymagające miejscami kilku większych susów i patrzenia pod nogi – o dziwo w drodze powrotnej łatwiejsze do pokonania.
Zaraz za lasem spodziewaliśmy zobaczyć szczyt połoniny, ale nie! Byłoby to zbyt piękne.
Koniec lasu, a przed nami dalej droga w górę, niech to Panda świśnie – do tego wiatr jakby miało zacząć lać. Przecież nie może być tak, że drugi dzień z rzędu, będziemy musieli wracać tuż przed dojściem na szczyt…
Idziemy !
Po drodze słyszeliśmy już wcześniej od mijanych ludzi, że na Połoninie strasznie wieje, więc tłumaczymy sobie, że to na pewno nie deszcz, tylko standardowy jak na to miejsce wiatr. Jeszcze ostatnie 10 minut… 10 minut później Jeszcze ostatnie 5 minut… i?
Nareszcie !
Mamy to. Połonina zdobyta!
Przed nami i za nami przestrzeń *(na zdjęciu to nie my, ale pan się tu dobrze komponuje).
Będąc u góry, aż chciałoby się przejść cały czerwony szlak miedzy Ustrzykami Górnymi a Brzegami Górnymi. Niestety idąc najkrótszym podejściem z Przełęczy Wyżniańskiej nie mamy zbyt wiele opcji podziwiania odległych krajobrazów – ale coś za coś, przynajmniej jesteśmy na połoninie szybciej – chociaż wciąż dłużej niż oficjalny czas przejścia.
Zwiedzamy – o ile można tak powiedzieć o szczycie połoniny.
Wieje jak w kieleckim, ale widoki niczym indonezyjska wyspa Padar w rejonie Komodo.
Co prawda Padar posiada 3 zatoki i jak to wyspa, dostęp do morza, a połonina nie ma nic z tych rzeczy, jednak refleksy trawy i samo ukształtowanie terenu nadrabiają te zaległości dwukrotnie.
Jako, że czas wreszcie na obiad, a na szczycie wieje tak, że nie ma co mówić o jedzeniu, to pomimo ogromnego niedosytu czas wracać na dół.
Siła motywacji
Spodziewaliśmy się, że droga na dół będzie równie urokliwa i długa co w górę. Myśleliśmy, że spotkane kamyczki i błota swoją atrakcyjnością zatrzymają nas na dłuższą chwilę, tak że dotrzemy na parking pod wieczór. Być może ten scenariusz stałby się faktem, gdyby nie przypadkowo rzucone stwierdzenie, że jak szybko dotrzemy na dół, to może zdążymy jeszcze nad wodę…
Czasem mówi się, że słowa mają magiczną moc, czasem jest to kwestia motywacji.
Ciężko ocenić, która z tych sytuacji miała miejsca, jednak efekt pędzącej z prędkością gazeli Pandy przerósł wszelkie oczekiwania.
Na nic zdało się mówienie zwolnij, albo popatrz jaki fajny kamyk. O nie! Za każdym razem, kiedy pytaliśmy Pandy dokąd się tak spieszy, słyszeliśmy odpowiedź – nad wodę.
Mówisz – masz. Nie było wyjścia, pomimo późnej pory, trzeba było jeszcze pojechać nad Solinę.
Polańczyk
Chyba najbardziej komercyjna część Bieszczad. Plaża z parasolkami w stylu hawajskim. Pełna oferta gastronomiczna. Możliwość rejsu statkiem i wypożyczenia rowerków wodnych i tłumy ludzi jak na Krupówkach.
Tak w telegraficznym skrócie można by podsumować najpopularniejszą plażę w Polańczyku położonej na cyplu. Do tego płatny parking nawet do 20 zł wzdłuż drogi dojazdowej na długości prawie kilometra (na godzinę przed zamknięciem promocyjne 12 zł) i mamy pełny obraz tego zakątka świata.
Nie samym cyplem jednak Polańczyk stoi, a i opcja znalezienia darmowego parkingu też jest możliwa.
Na „cyplu” udało nam się np. znaleźć ustronne i darmowe miejsce w bocznej, szutrowej uliczce położonej tylko 5 minut dalej od wspomnianego wyżej parkingu- 49°22’41.0″N 22°26’40.0″E . Co prawda znak pokazuje, że w tym miejscu również jest parking, ale podczas naszej wizyty był on nieczynny, za to wzdłuż samej tej drogi jest miejsce na zaparkowanie kilku samochodów.
Co do innych atrakcji Polańczyka:
– zamiast na „Cypel”, możemy udać się na tzw. „Patelnię” – jest to niemal sąsiednia do cyplu miejscówka – mniej oblegana, ale też co za tym idzie z mniejszą infrastrukturą.
Podczas naszego pobytu poziom wód był tak wysoki, że nie byliśmy w stanie ocenić plaży – ale podobno tam jest..
Tu również, ignorując wszystkie parkingi dojazdowe wzdłuż drogi, możemy skorzystać z darmowego parkowania tuż przy samym wejściu na drogę prowadzącą do plaży – dalej jest już zakaz wjazdu (49.368398, 22.434793 ) (o ile oczywiście będzie miejsce, bo to jest mocno ograniczone). Z tych 2 miejsc, jednak bardziej urzeka cypel.
Nie umywają się one jednak do trzeciego miejsca plażowego Polańczyka – czyli wyspy Energetyk. Ta dość nierzucająca się pod względem nazwy wyspa jest nie tylko mniej uczęszczana – a co za tym bardziej spokojna, ale też posiada zarówno infrastrukturę gastronomiczną jak i możliwość wypożyczenia rowerka wodnego bądź kajaka, na którym możemy okrążyć całą wyspę.
Oczywiście jest też plaża ?
Oprócz popularnego plażingu i kajakingu polecamy wybrać się również na okoliczne punkty widokowe, np na:
Ten, który znajduje się zaraz za rondem prowadzącym na cypel – droga do niego zaczyna się tuż przy parkingu. Bądź też drugi – punkt widokowy na Sawinę – oddalony od niego o około 800 m.
Będąc na jednym z punktów widokowych, możemy zauważyć, takie oto święte słowa.
POWRÓT
Wszystko co dobre kiedyś się kończy, tak też i w tym przypadku. Po kilku intensywnych dniach podczas których omijaliśmy krople deszczu i okoliczne burze niczym w Matrixie, przyszedł czas na wyruszenie w drogę powrotną.
Nie byłoby to za pewne warte szerszej uwagi czy odnotowania, gdyby nie fakt, że podczas drogi powrotnej trafiliśmy na lokalne podtopienia i zalaną drogę, obrazujące to co podczas naszego pobytu wydarzało się w innych częściach Bieszczad. Podziękowania dla lokalnej młodzieży – kierowniczek ruchem drogowym, które przepuszczały samochody przez zamkniętą i częściowo zalaną drogę.
Bieszczady, do zobaczenia następnym razem!
*a już wkrótce szersza relacja zdjęciowa z wyjazdu.