Z jednej strony powszechna panika, nawoływanie do samo biczowania i pozostawania w domu bez wyjątku.
Z drugiej, odważne deklaracje typu niczego się nie boję i rezerwacje lotów do najbardziej newralgicznych destynacji jak Chiny, Portugalia czy Korea, z uśmiechem wykorzystując najniższe ceny w historii.
Jakkolwiek daleki jestem od popadania z skrajności w skrajność i tak samo daleki powinienem być od jakichkolwiek ocen czy opinii pozostawiając tą sferę ekspertom, gdyż w przypadku laików takie gdybanie można by określić stwierdzeniem – jeden rabin mówi tak a drugi inaczej, tak nie da się ukryć, iż corona temat zdominował tak mocno nasze życie, że i w tym wypadku pewne rzeczy, aż same cisną się na usta.
Skoro już zatem powiedziało się a..zwłaszcza, że ta kwestia szczególnie jest newralgiczna dla osób uzależnionych od podróży, czas powiedzieć b.
Nie zamierzam nikogo przekonywać opiniami, ani jednoznacznie wypowiadać się czy rację mają ci którzy jadą do Tajlandii, czy Ci którzy zamknęli się na świat – jednak.
Nie zmienia to faktów, iż stajemy w tym momencie przed czymś z czym za naszego życia nie mieliśmy chyba jeszcze do czynienia.
O ile wojny, kryzysy ekonomiczne itd. w swej brutalności i prostocie są przewidywalne aż do bólu, tak pandemia o bliżej niezbadanych konserwacjach zawsze pozostaje zagadką, a sytuacji w której świat był „tak mały” podczas żadnych z wcześniejszych epidemii jeszcze nie doświadczyliśmy – no chyba że porównamy to do przybycia Europejczyków do Stanów, jednak ta historia nie skończyła się najlepiej dla rdzennej ludności..
Sam już ten fakt zachęca do zastanowienia się nad tym co robić.
Nic mi się nie stanie, pozwiedzam, wrócę, w najlepszym wypadku przejdę lekkie objawy..
Czy jednak ktoś kto tak uważa jest w stanie dostrzec szerszy obraz?
Wracając z podróży (sklepu, kościoła, restauracji itd.), można zarazić kilka postronnych osób, które już tak lekko mogą tego nie przejść, idąc potem na zakupy (gdzie szał zakupowy powoduje większe tłumy niż nawet w święta), można z łatwością roznieść zarazki jeszcze dalej, potem jeszcze kościół (łapiąc się przy tym za głowę czytając wypowiedzi niektórych o tym, że w kościele się nie da zarazić..) i pół miasta dzięki takiemu zbiorowemu rozumowaniu zarażone.
Każdy z nas ma rodziny, o ile Pandy są ponoć w miarę odporne bądź przechodzą wirusa łagodnie, tak dziadkowie Pand mogą już nie mieć tyle szczęścia.
Jedna osoba podróżująca w newralgiczny teren nie spowoduje epidemii, ale kolektywne myślenie, że to mnie nie dotyczy już tak.
Czy zatem uważam że powinniśmy się zamknąć w swoich domach i udawać, że świat nie istnieje?
Tu również uważam, że należy zachować równowagę.
O ile z pewnością nie zaszkodzi, aby ograniczyć niepotrzebne aktywności, tak w pewnych kwestiach… musimy pozostać ludźmi.
Jeśli zbyt bardzo będziemy chcieli odciąć się od wszystkiego, to możemy w pewnym momencie zatracić nasze człowieczeństwo.
Może obecnie, tak jak niektórzy próbują przekonywać do swoich racji – nie jest poważnie, ale może być jeśli popatrzymy na Chiny albo Włochy. Chodzi właśnie o to, aby nie było poważniej.
Jak to się mówi lepiej zapobiegać niż leczyć.
Na ten moment najgorsza jest panika, panika prowadzi do tego że sklepy są przeludnione – więc bardziej podatne na zakażenia.
Drugą najbardziej problematyczną kwestią jest nasza odpowiedzialność.
Nie tylko za nas (nawet jeśli „nas to nie dotyczy”), ale także – a zwłaszcza za innych.
Jest to dla nas swego rodzaju test z naszej odpowiedzialności.
Decyzji co zrobić dalej, nie da się podjąć za innych, ale mogę mieć tylko nadzieję, że nawet nieprzekonani podejmą tą właściwą.