A może indonezyjskie Komodo?
Filipiński Bohol i jego Chocolate Hills?
Nie, to jezioro Rożnowskie!
Cudze chwalicie, swego nie znacie. Na koniec świata wciąż podążacie. A tu tuż za rogiem takie perełki.
No dobrze, miało być intensywnie. Jest intensywnie. Tak intensywnie, że aż post się w ubiegłym tygodniu nie zdążył na czas napisać 🙂 Czas nadrobić.
Drugi tydzień (choć z opóźnieniem) – drugi wyjazd. Ciąg dalszy odkrywania Polski.
Tym razem stacjonarnie i spokojnie.
Chociaż…, jak tu mówić o spokoju, gdy nie łapiąc zadyszki – pedałujemy drugi dzień z rzędu rowerkiem wodnym.
Dojazd ma trochę zdradliwy – najpierw na 10 minut przed dotarciem do celu nawigacja kazała skręcić nam w lewo zaraz za mostem i chciała poprowadzić nas drogą osiedlową z zakazem wjazdu (taki „skrót”).
Potem, już na ostatniej prostej, w miejscu gdzie skończyła się droga asfaltowa, mieliśmy do wyboru dwie opcje:
Główna ścieżka wydawała się prowadzić na w lewo i niemal w ostatniej chwili zauważyliśmy na drzewie małą tabliczkę mówiącą o tym, że do ośrodka należy skręcić w prawo. – na pewno nie zaszkodziłoby lepsze oznakowanie.
Przed naszym przyjazdem trochę popadało, także „parking” mieszczący się pomiędzy domkami przywitał nas lekkim błotem uniemożliwiając podjazd bliżej domku – jak nic weszłoby w tym miejscu 4×4, żeby móc podjechać trochę dalej.
…zwłaszcza, że domek dostaliśmy praktycznie na samym końcu, więc i noszenia trochę było.
Nie ma jednak co narzekać! Zdecydowanie nie. Dzięki temu, że domek był bardziej oddalony, praktycznie nie docierały do nas dźwięki z innych domków – i to pomimo, że stacjonowali w nich studenci (a może w tych czasach studenci są spokojniejsi ? 🙂 ).
a i Panda miała dzięki temu swój własny kawałek wybiegu 😉
W tym miejscu, podziękowania dla Pana z ośrodka, który sam zaproponował nam zamianę wcześniej zarezerwowanego domku na inny – bardziej oddalony. Dla chcących pojechać w to miejsce, polecamy zadzwonić bezpośrednio do ośrodka i zapytać o dostępne opcje na żywo.
Jesteśmy na miejscu – co dalej?
możemy rozkoszować się jeziorem jak i naturą możemy skorzystać z rowerków wodnych (bądź łódek) zrobić grilla/ognisko zrobić przyjęcie – niespodziankę 🙂 po prostu odpocząć
Ok, też tak chce! – na co trzeba się nastawić?
W skrócie – jadąc pod te, bądź temu podobne domki nastawmy się tak jakbyśmy jechali pod namioty – tyle że zamiast namiotu będziemy mieć domek z łóżkiem. Kropka. Na start pozwoli to rozwiać wszelkie wątpliwości jeżeli ktoś nastawia się na All Inclusive nad jeziorem.
Schodząc bardziej do szczegółów (jeżeli chodzi o domki w których byliśmy), jak i ogólnie bardziej biwakowe noclegi:
w domkach nie ma łazienek – ani nawet wody (dla przyjeżdżających z Pandami – jeśli nie chcemy myć w części wspólnej (prysznice z zasłonką), można wziąć przenośną myjkę) nie ma kuchenki (na pewno można podgrzać coś w barze, polecamy natomiast zaopatrzyć się w prostą kuchenkę turystyczną) woda dostępna jest z rozmieszczonych po ośrodku ujęć wody między domkami (co kilka domków) do poszczególnych domków prowadzi wydeptana ścieżka – lub trawa, pamiętajmy o odpowiednich butach jeśli prognozy mówią o możliwym deszczu.
Na pewno jest to inny sposób wypoczynku, niż „wiecznie w biegu” Panda style, ale jak widać nawet w takim miejscu nie da się nudzić.
Nam udało się i odpocząć i nastawić na kolejny wyjazd w podobnym klimacie (nie mówiąc o niespodziance jaką udało się zrobić Koali przy uczestnictwie w konspiracji Panów z ośrodka), ale jeszcze dwa dni przed wyjazdem, nie był on jeszcze taki pewien i wcale nie byliśmy pewni czy uda nam się pojechać…
Pandy już tak mają, że czasem spotyka je niespodziewana choroba, która potrafi zmieniać plany, tak też i tym razem padło na nas. Na kilka dni przed wyjazdem, przytrafiła się jej tzw. trzydniówka, która ustąpiła akurat przed wyjazdem. Lekarz mówi jedź – to pojechaliśmy. Gdyby była to jednak inna choroba, to nie byłoby to już jednak możliwe.